*********************************
SLOWO TYGODNIA - 6 padziernik 2006
*********************************
" Modl sie o to, aby ci sie we wszystkim dobrze powodzilo i abys byl
zdrów tak, jak dobrze sie ma dusza twoja."
3 Jana 2
*********************************
Nadeslal: Stanislaw Kotusinski (USA)
JAK SIE CZUJE?
Kiedy ktos zapyta, jak sie czuje?
Grzecznie mu odpowiadam, ze dobrze, dziekuje.
To, ze mam artratyzm, to jeszcze nie wszystko.
Astma, serce mi dokucza i mowie z zadyszka.
Puls slaby, krew moja w cholestor bogata, lecz dobrze sie czuje jak
na swoje lata.
Bez laseczki teraz chodzic juz nie moge,
choc zawsze wybieram najlatwiejsza droge.
W nocy przez bezsennosc bardzo sie morduje,
ale przyjdzie poranek - znow dobrze sie czuje.
Mam zawroty glowy, pamiec figle plata, lecz dobrze sie czuje jak na
swoje lata.
Z wierszyka mojego ten sens sie wywodzi,
ze kiedy starosci niemoc przychodzi,
to lepiej sie godzic ze strzykaniem kosci i nie opowiadac o swojej
slabosci,
zaciskajac zeby z tym losem sie pogodz, i wszystkich wokolo
chorobami nie nudz.
Powiadaja: starosc okresem jest zlotym.
Kiedy spac sie klade zawsze mysle o tym.
Uszy mam w pudelku, zeby w wodzie studze
oczy na stoliku, zanim sie obudze,
jeszcze przed zasnieciem ta mysl mnie nurtuje, czy to wszystkie
czesci ktore sie wyjmuje?
A z czasow mlodosci, mowie bez przesady,
latwe byly biegi , sklony i przysiady.
W srednim wieku jeszcze tyle sil zostalo,
zeby bez zmeczenia przetanczyc noc cala.
A teraz, na starosc, czasy sie zmienily - spacerkiem do sklepu, z
powrotem bez sily.
Dobra rada dla tych, ktorzy sie starzeja,
niech zacisna zeby i z zycia sie smieja.
Kiedy wstana rano, czesci pozbieraja,
Niech rubryke zgonow w prasie przeczytaja.
Jesli ich nazwiska tam nie figuruja, to znaczy ze zdrowi i dobrze
sie czuja.
********************************************
Nadeslal Jozef Stepien (Polska)
ACH CI KOLEDZY, KOLEDZY.
W 1980 roku ukonczylem szkole budowlana i natychmiast podjalem prace
w firmie budowlanej poniewaz od dawna mialem marzenia bycia
niezaleznym finansowo. Nie sluchalem rad wychowawczyni, ktora
zachecala mnie do kontynuowania nauki w technikum po prostu
interesowala mnie kasa i to nie za kilka lat, ale juz teraz. W pracy
imponowali mi starsi koledzy tj panowie po 50-tce, ktorzy dawali mi
mozliwosc przebywania w ich towarzystwie i wypicia kielicha, a
pozniej coraz wiecej i wiecej alkoholu. Czulem sie wtedy taki wazny,
dorosly i niezalezny. Zabawy, dyskoteki i alkohol. W 1985 roku
zostalem powolany do wojska trafilem do jednostki gdzie wpajano nam
agresywne zachowania co sprawialo, ze mielismy zapedy bandyckie
czulismy sie panami tego swiata. Po siedmiu miesiacach przyjechalem
do domu na pierwszy trzy dniowy urlop z powodu choroby matki czulem
sie kims waznym, a przede wszystkim bardzo doroslym i mowilem sobie
teraz to moge sie napic i pilem bez umiaru. Po dwoch latach, kiedy
wyszedlem z wojska trafilem do srodowiska lubujacego sie w
bijatykach i rabunkach i slynacego z ostrego imprezowania, balangi
z duza iloscia wypijanego alkoholu. W 1987 roku poznaje dziewczyne z
ktora sie ozenilem dwa lata pozniej. Przez pierwsze trzy lata
naszego malzenstwa bylo dosc spokojnie poniewaz mieszkalismy u
tesciow i wszystko bylo pod ich kontrola. Po trzech latach
otrzymalismy klucze do wlasnego M i wtedy zaczal sie koszmar dla
mojej zony i mojej rocznej coreczki. Znikalem z kolegami i bawilismy
sie wypijajac duze ilosci alkoholu. Wracalem do domu wszczynalem
burdy i znowu znikalem na kolejny tydzien zeby byc z kolegami. Caly
czas wydawalo mi sie, ze ja moge swoje picie kontrolowac przeciez
dwa, trzy piwka i do tego seta to przeciez nie nalog. Ilu to
porzadnych inteligentnych ludzi uznaje to za norme, zeby poprostu
byc na tz. chodzie. Wsrod kolegow prowadzone byly rozmowy tego typu,
ze panem i wladca w swoim domu jestes ty, a nie kobieta. Takie mowy
podobaly sie nam pijacym utwierdzaly nas w zwodniczym przekonaniu
jacy to my jestesmy wazni i szybko byly wprowadzane te nauki w czyn
po powrocie do swoich zon i dzieci. I tak cale 10 lat wracajac
pijany do domu terroryzowalem moja zone i dzieci nakrecany przez
pseudo kolegow. Nastal teraz dla mnie bardzo trudny czas poniewaz
zona, matka i tesciowa prosily i cierpialy z powodu mojego
kawalerskiego stylu zycia charakteryzujacego sie zerem
odpowiedzialnosci za rodzine i swoje aroganckie zachowanie. Liczylo
sie to co powiedzieli koledzy. I tu nagle szok prawomocny wyrok za
znecanie sie nad rodzina 2 lata w zawieszeniu na cztery i dozor
kuratora sadowego. Na pierwszym spotkaniu kurator zaproponowal mi
pomoc w wyjsciu z kryzysowej sytuacji. Powiedzial, ze wie jak mi
pomoc tylko jest jeden warunek - moja na to zgoda i partnerstwo w
realizowaniu pewnych zalecen. Oczywiscie przytaknalem mu, ale nic
traktowalem powaznie nalozonych na mnie obowiazkow przez sad.
Unikalem dalszych spotkan z kuratorem. Ucieklem do Warszawy do
pracy. Pracowalem ponad miesiac, ale rodzina z tego nie miala
zadnych korzysci poniewaz zarobione pieniadze byly na miejscu
przepijane z kolegami. Kiedy wrocilem ze stolicy bylem juz
kompletnie zdruzgotany bez prawa powrotu do domu i rodziny. Nawet
moja matka wymowila mi mozliwosc schronienia w swoim mieszkaniu.
Blakalem sie od meliny do meliny, a jezeli juz i tam nie mialem
wstepu spalem na lawkach w parkach. Coraz czesciej mialem napady
mysli samobojczych po wczesniejszej juz probie samobojczej na
budowie w Niemczech.
No i wtedy na moje szczescie odnalazl mnie moj kurator. Nie krzyczal
tylko zapytal czy pamietam nasza pierwsza rozmowe i powiedzial, ze
juz powinien miesiac temu napisac notatke do sadu, ze unikam dozoru
co wiazalo sie z przekazaniem sprawy policji. Oswiadczyl, ze w
dalszym ciagu jest nastawiony aby mi pomoc. Kiedy mnie nie bylo
przez dwa miesiace prowadzil rozmowy z moja malzonka przedstawiajac
jej argumenty, ze warto jeszcze podjac jedna byc moze ostatnia probe
aby mi dac szanse wyjscia z zyciowej zapasci. Kiedy ktoregos razu w
czasie wizyty byla obecna moja tesciowa slyszac slowa kuratora
zdenerwowala sie i powiedziala to nie ma najmniejszego sensu on
wiele razy juz na kolanach przysiegal, ze sie zmieni i jest jeszcze
gorzej jak bylo wczesniej. Obie kobiety juz tak mialy mnie dosc, ze
nie chcialy ryzykowac aby dopuscic do kolejnej awantury w mieszkaniu
z udzialem meza i ziecia pijaka. Tlumaczyly, ze musza zapewnic
bezpieczenstwo Karolinie i malemu Bartkowi. Kurator nie ustepowal i
probowal poprzez zadawanie podchwytliwych pytan czy one zdaja sobie
sprawe, ze alkoholizm to choroba ? - przytakiwaly, ze tak, ze sa w
pelni tego swiadome, a wiec mowil, ze chorego powinno sie leczyc, a
nie zostawiac na pastwe kolesiow. Kiedy te sugestie nic nie zmienily
zapytal czy pamietaja weselne slubowanie obu stron w kosciele przed
ksiedzem, Panem Bogiem i goscmi weselnymi. Slubowanie zapewniajace o
wzajemnej trosce, szacunku i milosci w biedzie, chorobie, az do
momentu, gdy ich smierc nie rozlaczy. Zona powiedziala tak
przypomina sobie, ale to on nie dotrzymal pierwszy tej umowy, a nie
ja. Kurator prosil aby, zona dala mi ostatnia szanse, sugerujac, ze
jezeli bede wloczyl sie po melinach czy parkach trudno mi bedzie
uwolnic sie od kontroli kolesiow i ze tym razem nie zostanie sama,
ze on ustali warunki mojego przyjecia do domu na dwutygodniowa probe
i deklarowal, ze przy pierwszym moim agresywnym zachowaniu sam
postara sie o wyeksmitowanie mnie z domu juz na zawsze. Zona po
wahaniach zaufala kuratorowi i moglem przekroczyc prog nowego
mieszkania do, ktorego sie przeprowadzila poniewaz poprzednie
wieksze opuscila pod moja nieobecnosc pracowalem wtedy za granica
bylo zadluzone z powodu, nie oplacanych naleznosci czynszowych.
Pierwszym i zasadniczym postawionym mi warunkiem bylo podjecie
terapii dla uzaleznionych od alkoholu i to od zaraz i staly nawet
kilka razy w tygodniu kontakt z kuratorem. Musialem przystac na te
warunki, ale i tak probowalem kombinowac, a mianowicie po terapii
zaliczalem kilka piwek. Zostalem szybko napomniany i pouczony, ze
nie tak ma przebiegac moje wyjscie z uzaleznienia i otrzymalem
kolejne wskazowki, ktore mowiac szczerze olewalem. Znowu zaczalem
unikac spotkan z kuratorem, ale ten na biezaco kontaktowal sie z
moja zona i nie pozwalal mi na chodzenie swoimi drogami. Zona
zniecierpliwiona nie widzac szybkich zmian oznajmila kuratorowi, ze
nosi sie z zamiarem aby wnioskowac w sadzie o zmiane kuratora bo ona
sie spodziewala, ze ten bedzie mnie musztrowal, straszyl i zlamie
zlo we mnie. Kiedy zobaczyl, ze nie stosuje sie do wczesniejszych
uzgodnien znowu znalazl mnie po kilku dniach i zaprosil do swojego
biura oznajmiajac, ze nosi sie z zamiarem przekazanie mnie do
gestii sadu. W tym momencie zrozumialem, ze to jest gosc bardzo mi
przyjazny, ale nie frajer, ktorym mozna w nieskonczonosc
manipulowac. W mojej obecnosci ku mojemu niesamowitemu zaskoczeniu
podziekowal Panu Jezusowi za to, ze wyciagnal go z trudnych
zyciowych sytuacji i mowil, ze staral sie pomoc Jackowi czyli mnie,
ale jego mozliwosci sie juz wyczerpaly i wypowiedzial takie oto
slowa „Panie Jezu ja rezygnuje z ciagniecia tego czlowieka wiem, ze
ty wszystko mozesz uczyn z nim cos". W tym momencie nieoczekiwanie
zawolalem „Boze pomoz mi bo ja juz nie moge tak dalej". I w tym
momencie cos we mnie peklo. Jozek mi pogratulowal, wreczyl mala
niebieska ksiazeczke gedeonitow pt. „Nowy Testament" i zachecil do
czytania i kontynuowania udzialu w spotkaniach w punkcie dla ludzi
uzaleznionych od alkoholu. Pamietny dzien 23 wrzesien 2002 rok godz.
17:15 przezylem swoje drugie narodziny do nowego zycia. Kiedy
wychodzilem moj kurator zasugerowal mi, ze kolejnym bardzo waznym
krokiem, ktory musze uczynic to calkowite oderwanie sie od pijacych
kolegow i oswiadczyl, ze on jest gotow juz od dzis byc tym pierwszym
z nowej paczki, ze moge mowic mu po imieniu i spotykac sie z nowym
kolega tyle razy w tygodniu ile tylko bede chcial.
Nastapilo prawdziwe pojednanie z zona Jola, corka Karolina synkiem
Bartkiem, moja mama i tesciowa. Moje zycie ma nowy wymiar w
aspektach relacji i milosci malzenskiej, rodzicielskiej i
spolecznej. Pracuje i wszystkie pieniadze przynosze do domu teraz z
nich korzysta moja rodzina, a nie koledzy. Biore udzial w
spotkaniach w klubie garnizonowym z mlodymi zolnierzami wraz z moim
kolega kuratorem Jozefem Stepniem, ktory ma stale prelekcje w
temacie uzaleznien i zwiazanymi z nimi konsekwencjami prawnymi,
zatytulowane „Syndrom stanu kawalerskiego". Czytajac Biblie,
zrozumialem, dlaczego to niezglebione bogactwo madrosci Bozej
nazwane jest ksiazka ksiazek, dlatego jest bestsellerem
wszechczasow. Odkrylem wiele niezwyklych, zdumiewajacych faktow.
Poznaje je nadal. Poznaje Boga i poznaje czlowieka. Poznalem prawde
o czlowieku i prawde o sobie samym. Prawde najbardziej
autorytatywna, bo pochodzaca od Tego, kto zna czlowieka najlepiej -
od Stworcy. Zrozumialem wiele rzeczy, o ktorych wczesniej nie mialem
tak zwanego zielonego pojecia. Tyle zachowan ludzkich, dziwnych i
niezrozumialych, stalo sie naraz oczywistymi, bo naturalnymi. Kto ja
jestem? Skad sie tu wzialem? Po co tu jestem na tym swiecie i w tym
wlasnie czasie ?. Gdzie zmierzam? Co najwazniejsze w moim zyciu? Jak
zyc... Dluga lista pytan, przepelnionych frustracja i bez
odpowiedzi, wypelnila sie odpowiedzia prosta, oczywista. Bozy plan
zbawienia czlowieka, tak wyraznie wykreslony w Biblii, przybral
realne wymiary i nigdy wczesniej nie podejrzewalem, ze tyle w tym
planie zwyklej logiki. W mojej mimo to krotkiej jeszcze relacji
duchowej z Bogiem, juz tak wiele otrzymalem odpowiedzi na modlitwy.
Wczesniej w innych ksiazkach znajdowalem wiedze. Teraz, w tej
znajduje madrosc o jakze niezbedna do pokonywania zyciowych
przeciwnosci.
Jacek Jasinski
********************************************
Z Bozym blogoslawienstwem,
Polska Misja Chrzescijanska
http://www.polska-misja.com